To, co odbyło się w miniony piątek w Teatrze Wielkim, było świetnym pomysłem, tyle że do realizacji za rok i dwa miesiące.
Na 10 grudnia 2011 r bowiem dyrektor Marek Szyjko już zaprosił publiczność, by przyszła z młotkami i kilofami porozbijać sobie teatr, który na rok zostanie zamknięty i przejdzie poważny remont. Wtedy, podczas "Operowego karaoke", można by dokonać bezlitosnego repertuarowego demontażu. Byłby to happeningowy moment na popisy tych, których, jak mówi jeden z wybitnych solistów, "talent męczy". Ale eksperyment (tak to określają życzliwi) się odbył. Szkoda, że nie w obecności ojca polskiego karaoke Michała Wiśniewskiego z Ich Troje. Na pewno by się cieszył. Liczyła się chęć i odwaga. Można nie wydawać z siebie dźwięków, jakie wymyślił Puccini, Verdi czy inny Bizet. Wystąpiło 25 osób. W magazynach teatru wybrały stroje - co kto chciał. Stremowani panie i panowie wystawiali na próbę swoje marzenia o wielkiej scenie. "Jajcarze" mieli za nic słowa, muzykę i głos - wystarczyło, gdy publiczność dała się podkręcać do braw i śmiec